The Manga Guide: Biologia Molekularna

Nadpobudliwa recenzja mocno zakrapiana zażaleniami

Pijąc trzeci z kolei napój energetyczny, wystukuję dla Was kolejną recenzję. Teraz wiem, jak moja wątroba zwalczy ten nadmiar niezdrowych substancji…

Wspominając te kilka lat, gdy pochłaniałam wiedzę w instytucji zwanej szkołą, zajęcia z biologii były jednymi z tych przyjemniejszych. Przynajmniej w moim odczuciu. Biorąc do ręki egzemplarz “The Manga Guide: Biologia Molekularna” liczyłam na kolejną dożylną dawkę wiedzy w przyjemnej, lekko infantylnej oprawie. Niestety, tym razem lektura dostarczyła mi rozrywki w zupełnie inny sposób, niż oczekiwałam.

Nim zaczniemy

Kilkakrotnie złapałam się na tym, iż jestem przekonana o Waszej znajomości moich poprzednich recenzji (czy to już objaw megalomanii z mojej strony?). Jest kilka kwestii, które pojawiają się we wszystkich książkach serii, ale nie mam ochoty ich w kółko powtarzać, dlatego tak w skrócie:
Należy brać poprawkę na japońskie korzenie książki.
Samo dzieło jest połączeniem podręcznika i mangi a każdy tom posiada innych autorów.
Po więcej informacji wiecie gdzie się zgłosić 😛

Twórcy

Standardowo, zerknijmy na autorów, gdyż dobrze jest wiedzieć, kogo się czepiać, a kogo poklepać z uznaniem po ramieniu. Zacznijmy od doktora Masaharu Takemury. Szacuneczek za warstwę merytoryczną i sprawne przeprowadzenie  przez wszystkie warstwy komórki. Ilustrator Sakura też się spisał. Brawa za wyjątkowo urocze wizerunki głównych bohaterek, Jest na czym oko zawiesić! Za scenariusz odpowiada Masayoshi Meada – dla tego pana brak uszanowanka.

Warstwa naukowa

Zacznijmy opis tej pozycji od dobrej nuty. Nie jestem pewna, czy treść w omawianym tomie jest tak dobrze przedstawiona, czy to ja z łatwością pochłaniam wiedzę z zakresu biologii. Jedno jest pewne, ten składnik łatwo się przyswaja. Myślę, że wiedza została sensownie uporządkowana i jest podana w strawnych kawałkach. Autor wielokrotnie stara się metaforami przybliżyć procesy i wygląd zjawisk, trudnych do zaobserwowania nawet pod mikroskopem. Takie przykłady, jak podróż do wnętrza komórki, ukazują siłę mangi, jako środka przekazu. Niektóre zagadnienia łatwiej przekazać przy pomocy rysunku lub posługując się fikcyjnymi postaciami. Jestem pełna poparcia i zapału dla korzystania w ten sposób z siły przekazu graficznego.

Zdarzają się również momenty, gdy powódź terminów ustępuje miejsca krótkim zarysom historycznym lub bardziej rozbudowanym przykładom. Na koniec nawet zdarzyło się podsumowanie, ukazujące pożyteczne aspekty biologii molekularnej.

“Dalsza lektura”

Ucieszył mnie również, zamieszczony jeszcze przed częścią główną, krótki spis dodatkowych lektur, jako podpowiedź, po co można sięgnąć, by zaspokoić dalszy głód wiedzy. Jest to coś pomiędzy bibliografią a podpowiedzią, gdzie szukać dalszych informacji z tej dziedziny. Niestety, są to pozycje tylko w języku angielskim, co może sprawić niektórym problem. Czuję, że tego właśnie brakowało mi w pozostałych tomach: drogowskazu do innych tytułów, niekoniecznie ociężałych akademickich tomiszczy, z którymi, po tak rozrywkowym medium, jakim jest manga, trudno będzie się oswoić.

Oprawa z kresek i kropek

Graficzna część tytułu również nie budzi zastrzeżeń. Jest to dziwaczny chaos uproszczonych modeli, przeplatanych rzadkimi punktami dopieszczonych detali. Nie brakuje tu również ruchu czy pełnych dynamiki ujęć. Pomimo tego bałaganu, rysunki nie są za ciężkie, a efekt jest przyjemny dla oka. Wszystko wydaje się znajdować dokładnie tam, gdzie powinno.

Fabuła - czas wypuścić rzekę zastrzeżeń

Teraz naprawdę zacznę się czepiać. Warstwa fabularna, niczym ogromne blizny, szpecą przyjazny obraz książki. Pierwsza zadra znajduje się już na początku opowieści, gdy dwie studentki, Ami i Rin, wzorem wiecznych studentów, opuszczają wszystkie wykłady profesora Moro. Rzeczony wykładowca namawia studentki, aby odbyły lekcje wyrównawcze na jego prywatnej wyspie (wyjątkowo dziany ten nasz psorek). Widzieliście kiedy takiego biegającego za studentami wykładowcę? Toż to zagrożony gatunek! A to jeszcze nie koniec dziwnych decyzji fabularnych.

Asystent profesora, Marcus, mający coś w sobie z bagażu z dzieł Pratchetta, pojawia się tylko, gdy trzeba otworzyć jakieś drzwi lub coś uruchomić. Nadal nie potrafię zrozumieć, dlaczego zwróciłam na to uwagę.

Natomiast na zakończenie dostajemy jedną z najmniej przyjemnych i dołujących klisz. Jednak w tym zakresie nie zdradzę wam nic więcej, gdyż nie godzi się zdradzać zakończenia przed czasem, nawet takiego kiczu. Wielka szkoda, gdyż gdzieś koło połowy tomu zapachniało z daleka jakąś tajemnicą lub intrygą. Niestety zapach przygody szybko się ulotnił.

Wszędobylskie podteksy

Do połowy książki, nie byłam pewna czy skojarzenia o lekko erotycznym zabarwieniu cisną mi się do głowy z powodu mojej zdeprawowanego usposobienia, czy też to był zamysł autora. Po połowie przestałam mieć wątpliwości. One naprawdę tam były. Wciąż lekkie, niemal podprogowe, ale jednak istniały. Jeśli się mylę i to tylko halucynacje wywołane brakiem snu, proszę o potwierdzenia z Waszej strony, drodzy czytelnicy

Dane techniczne

Wprost z okładki spoglądają na mnie dwie ślicznotki, dlatego tym razem zostawię oprawę w spokoju. Tak jak pozostałe tomy w serii, książka ma niestandardowe wymiary 165 x 235 mm oraz liczy sobie liczbę ponad dwustu stron.

Jedyna różnica między poprzednimi tomami, zauważalna już w przypadku tomu poświęconym fizyce, to zmiana papieru, niestety na gorszy. Papier jest cieńszy i lekko prześwituje, ale nie zmieniło to wyrazistości wydruku. Zapewne ta zmiana pociągnęła za sobą inną, mianowicie zmianę ceny. Biologia jest o około 10 złotych tańsza od swoich poprzedniczek. Jednak nadal to 60 pln. Czy to dobra zmiana? Oceńcie sami.

A szło tak dobrze…

Z przykrością muszę stwierdzić, iż ten tom jest, w moim odczuciu, najsłabszym spośród serii “The Manga Guide”. Szkoda, ponieważ potencjał był spory. Pomimo dobrego opracowania ze strony merytorycznej, oprawionej ładną grafiką, zestawienie lekkich humorystycznie podanych podtekstów i dramatycznej ponurej nuty, ocierającej się czasami o czarny humor w najgorszym wydaniu, skutecznie mnie rozpraszał. Okrutnie się zawiodłam, w szczególności, że czarny humor bardzo odpowiada mojemu gustowi, jednak tu został stworzony w złych okolicznościach i zdecydowanie w złym guście. Możliwe, że przywiązałam do fabuły zbyt dużą wagę i winnam raczej skupić się na treści naukowej. Niemniej jednak książka tworzy całość, łącząc naukową wiedzę oraz fabularną mangę. I do całości jako takiej właśnie się odnoszę. “The Manga Guide: Biologia Molekularna” pozostanie w mojej biblioteczce, nie tyle jako istotne dzieło, lecz raczej w charakterze osobliwości rodem z cyrku dziwadeł. Będę ją pokazywać znajomym, chichocząc i odczuwając perwersyjna przyjemność pastwienia się nad książką.

Wiedźma

Podziel się informacjami na:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *